|
:: wizjonerblog :: :: czesem potrzeba wyplucia z sebie gromadki niesfornej :: strona główna |
23:56:28 2005-06-30 czesem potrzeba wyplucia z sebie gromadki niesfornejBoże...nie rozumiem tego co we mnie, co przykrywa mą rzeczywistość, niczym nieskalaną moja osobą, bez wymiany, bez dzielenia się...tylko jednostronne branie, aby znów wypuścić, i jak będąc w całej swej marnocie i już bez magii, bo tylko cień spada wciąż bez ustanku przez świat obijając się o ziemi różne wszechświaty, ledwo zarys przechodniego półcienia jakiegoś upadłego anioła, iluzja bytu bez tożsamości, świeca w jego pokoju rzuca większy cień i zaznacza swoją obecność niż on. tak, bo nie wiadomo nawet kim on jest, a ów „on” nie ma się kogo o to spytać, gdyż nie ma siebie, więc doceniać nie potrafi, tylko pokłony dla ułamków w ułamkach sekund, dla świata i jego magii… pokłony szczęścia aby w całej swej toksycznej krasie wieczorem mogły być powodem dołów tzw. nie ma konfrontacji, jest tylko tą nie "dogadaną" przestrzenia podczas jej odbywania, wracając do tematu… czy tylko musze z kimś być aby móc realizować sam siebie, aby móc o siebie zadbać, spełniać, i nawet często już nie, nie wiedząc w czym. czy pozostać w swej beznadziei , co nie jest nawet beznadzieją, twórczy bunt....ależ ja się nie buntuje twórczo, odtwórczo przeżywam w niepełni nawet nadaną rzeczywistość, bez przyzwolenia w mej duszy na nią...bo bytowanie nawet mi często nie wychodzi, żywot ze mnie potrafi ulecieć, jak kapryśna kochanka w noc pięknych świec i kolacji przy winie, kiedy wróci żywot mój, kiedy wróci do mnie, czy sam nad sobą będąc tuż przy szczycie samoświadomości (swych wad i błędów w jestestwie), nie można kontrolować swojej kapryśnej energii życiowej? proszę Pani , flirt już we mnie się skończył...rezygnacja…utopiła się w bez czuciu nadziei, jest rwąca przestrzeń mogąca dać miłość i wsparcie i cały swój ciężar...ale one to przyjmują.. po co, dlaczego...czy mądrości sera musi towarzyszyć jego rozdzieranie przez nikczemną duszę, nikczemną w irracjonalnym…irracjonalnie świecącym tryumfie swego kata..? samozwańcza zagłada z wyboru.. proste pytanie mnie stawiają na progu, po co? dlaczego? czego Ci potrzeba? co Ci przeszkadza? odpowiedzi wypluwane w uwikłaniu swej trywialności, nie grają mi irlandzkie flety, nie tańczą dziewczyny dla mych oczu zachwytów we mgle poranka lub zmęczonych oczu wieczorów, nie widzę bajek, nie słyszę ich sercem aby się urzeczywistniały w spełnieniu mych snów, w miłości nocnej, gdzie mogą ze sobą flirtować, wyobraźnia, z bajkami rzeczywistości przetkana ową rzeczywistością przepuszczaną przez pryzmat własnej bajki.. gdzie ten płód, sen co się pamięta rano... miałby tak pięknych rodziców…co z tego, że ubogich, że nie mogą się skontaktować ze sobą, matka wyobraźnia, ojciec zaniedbana głowa. tylko emocje, jak kochanek co zdradza w dodatku swój byt przy boku innej przynależności, wtrąca się niczym fałszywa nuta spowodowana jadem tonacji emocji na których prawidłowości nie umie dostrzec ni wydobyć, emocje kształtujące wszystko, gdyż nie mają narzędzi wyrazu......biedne, zagubione. współczucie - zawiść. nie ma par dobranych. czy potrzeba miłosci, tzn. ulokowania mojej miłości w kimś, może ma posłużyć popadnięciu i zapomnieniu o sobie..? choć nie, tak nie jest... dojrzałych myśli brak, regres, powrót do młodego chłopca którego doświadczenia mają ukształtować... co to za przeszkoda.........o wokół której rozgrywa się człapanie tego B(l)oga. M.
skomentuj (6) ![]() |